Nie-wakacje.

Czas “wakacyjny” to specyficzny okres w kalendarzu. Niby się człowiek cieszy z rozbuchałej zieleni, niby może radośnie ponarzekać na ciepło większe niż jest mu do szczęścia potrzebne, ale te dwa, trzy miesiące lata uciekają jakby szybciej, niż reszta roku.

Nie wiedzieć kiedy, nagle pod oknami robi się głośniej od rana do wieczora. O ile żaden kaszlowirus nie dziesiątkuje planów wakacyjnych, to dzień w dzień można każdego poranka zazdrościć dzieciakom ich beztroski, wolnego czasu, braku zmartwień.
Z tymi zmartwieniami to też nie tak do końca, zmartwienia zawsze były, są i będą, bez względu na wiek. Po prostu zmienia się ich skala. Powaga problemu czy zmartwienia zawsze jest wprost proporcjonalna do wieku, więc zaryzykowałbym stwierdzenie, że każdy wiek ma swoje życiowe dramaty, wagi których nie należy umniejszać.

Ale wracając do czasu wakacyjnego, letniego, jak zwał tak zwał.

Ten rok jest bardzo dziwny. Z jednej strony kolanowy kaganiec odebrał mi możliwość działania pod ziemią, a z drugiej substytut normalniej(?) formy ruchu pozwoliło mi powrócić do miejsc, w których pomiędzy rozległymi przestrzeniami wypełnionymi zielenią, żółcią, szumem wiatru i jazgotem świerszczy, wiją się ubite, pylące polne drogi. Jeśli bym miał powiedzieć, jak pachnie lato, to ma ono woń owego kurzu. Tego, co zostaje na dłoni, gdy dotkniemy w tym miejscu ziemi. Czegoś suchego jak pieprz, zgrzytającego między zębami, parzącego od popołudniowych promieni słońca. Tak, udało mi się tam wrócić na swój stary-nowy, rowerowo-koślawy sposób. Może ciut bardziej asekuracyjny, ale jednak znów można uczestniczyć w życiu polnej drogi.

Nie-wakacje. Pojawiają się nie wiedzieć kiedy. Człowiek nie zdąży nawet przełożyć w szafie ciuchów na lżejsze, a już powinien chodzić w letnich. Nagle nie wiedzieć skąd na stole lądują truskawki i tak jak szybko się pojawiły, tak jeszcze szybciej się kończą. Nagle okazuje się, że ten czerwiec dawno się skończył i nagle zrobiła się połowa lipca. W zasadzie to już druga i za chwilę, ledwie za 3-4 tygodnie będzie urlop, więc przestaje się człowiek cieszyć tymi trzema-czterema tygodniami ciepła, tylko orze jak może by dociągnąć do daty wyjazdu i…
…i gdyby nie rower, to nic więcej by z tych nie-wakacji nie było.

Dziś mija pięć lat, jak zszedłem na dno Marmurowej. 126 metrów o ile dobrze pamiętam. Moja pierwsza “prawdziwa” tatrzańska jaskinia położona gdzieś tam, wysoko. Oznacza to, że cztery lata temu, we wrześniu rozsypała się noga. Krótko później musiałem odstawić na bok rower, później kolejne pomysły na dziury, później całą resztę, z sobą samym na końcu.
Wiem, mamy epidemię, pandemię, jak zwał tak zwał. Nie jest ważna nazwa, ważna jest sytuacja. Wiem, rynek poczuł efekty kaszlowirusa, wiem, ludzie dostali po kieszeni, wiem. A mimo to, chyba z perspektywy samego siebie, mógłbym uznać rok 2020 za dobry. Udało się naprawić nogę, bardzo powoli zaczynam robić rzeczy, których nie robiłem od kilku lat. Chodzę po nierównościach, schodzę w dół po pochyłej drodze, czasami nawet wbiegam na górę po dwa schody. No dobra, niekiedy jeszcze źle stanę, spadnę z nogi i polecę ryjem na ścianę, ale to tylko uświadamia mi, że podświadomie pozwalam sobie na więcej, bo prawie zaliczyłem glebę w chwili, gdy rytmicznie schodziłem po schodach nie myśląc o tym, jaki wykonać kolejny ruch by krok był stabilny, bezpieczny.
Chyba przydatne są te pojawiające się czasami zawirowania i potknięcia. Przypominają mi, że jeszcze nie jestem supersamcem alfa i powinienem nabrać ciut pokory. I cierpliwości.

Nie-wakacje.
Jedną z pierwszych oznak początku końca nie-wakacji można napotkać w marketach. Pojawiają się wystawki z przyborami szkolnymi. Kredki, bloki, mazaki, zeszyty, wszystko bombarduje kolorami. Mógłbym stać przed takimi regałami i patrzeć, podziwiać, kontemplować sterty papierniczo-piśmienniczych dóbr, niczym najpiękniejszy obraz. Od zawsze bogactwo wzorów, modeli, barw, było czymś, co mnie zachwycało. Pamiętam czasy, gdy wybór zeszytu ograniczał się do czysty-kratka-linia, ewentualnie ilość stron. Nie było mowy o kolorowych okładkach zrobionych ulubionymi bohaterami, nie można było wybierać wśród piór “model na sezon 2020/2021”, wszystko zamiast jakości miało jedną wielką nijakość, a jedynym sposobem na upiększenie kajetu, było obłożenie go kolorowym papierem, tapetą czy plakatem. No chyba, że Ojciec przyniósł z rylpexu gumowe, kolorowe okładki na zeszyty. Okładki, które były równie brzydki co śmierdzące tanią gumą, no ale jak przyniósł, to trzeba było używać. Czasami przy odrobinie szczęścia można było dorwać gdzieś naklejki z miejscem na wpisanie przedmiotu czy nazwiska. Wyglądało to, jak stokrotka wbita w stolec, ale przynajmniej jeden element tego grafpisowego świata nie dobijał wszsytkobrzydkiwizmem.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że dziś kupując sobie czy to zeszyt, czy to notes, sięgam zazwyczaj po te najbardziej… szare. Nijakie. Takie zakompleksione źródła papieru, chowające się gdzieś w kącie przed blaskiem ich kolorowych, licencjonowanych braci. Jakbym wybierając je, chciał im przekazać: wiem kim jesteś, wiem do jakich czasów pochodzisz, wybieram Ciebie.
A później się okazuje, że ta odrobina nostalgii w wyborze nieznaczącego wiele kajetu spowodowała, że mam w koszyku najdroższy papier z całego działu. Bo jest ekologiczny, więc jego produkcja jest bardziej kosztowna niż tych nowych, kolorowych, nadanie białej barwy kartce papieru wymaga więcej wysiłku, a na dobitkę sprawienie, że całość nie śmierdzi rozmoczoną srajtaśmą winduje cenę w okolicę kilograma szynki, która faktycznie widziała wędzarnię i mięso.

Trwają nie-wakacje. Jest niedziela, chyba jakaś choro-poranna godzina. Kawa już dawno wypita, koty znów pozasypiały. Ptaki drą się za oknem, zaraz zastąpią je drące się dzieci. I tak jeszcze przez trzy-cztery tygodnie, do urlopu.

A w międzyczasie rower. W końcu kurz z polnej drogi sam się nie zbierze.

Share