Kryptopedał.

Nasz pies to kryptopedał. Lubi w tyłek. Ni mniej ni więcej, tylko trzeba mu co jakiś czas załadować paluch pod ogon, bo inaczej nie jest szczęśliwym psem. Nosz psu w dupę taki los. W przenośni i dosłownie.

*****
Poranek w ciągu tygodnia. Pies od wczoraj nie je. Jedyna czynność jego układu pokarmowego w ciągu ostatniej doby, to rzucenie pawiem w najbardziej reprezentacyjnej części mieszkania. Obserwujemy z Najwspanialszą-Z-Żon osowiałe psisko starając się wysondować, czy to zwyczajny foch gastronomiczny, czy też może znów merdaty struł się jakimś zwłokiem nie do końca ruchliwej wiewiórki znalezionej w parku.
Wstępna diagnoza: zeżarł coś. Póki przyjmuje płyny – czekamy do popołudnia na poprawę. Jeśli jej nie będzie – jedziemy do weta. 
Oczywiście pies jak to Prawdziwy Samiec – rozchorował się do końca i ku naszemu przerażeniu – najwyraźniej postanowił się wybrać za Tęczowy Most (czy jak to tam psychopaci z psokocich for mawiają). Wyprawę na Drugą Stronę pies postanowił odbyć w trybie natychmiastowym, przestał więc chodzić skupiając uwagę na zwijaniu się z bólu i gryzieniu Najwspanialszej-Z-Żon. 
Jednak nie z nami te numery: śmierdzi czy nie, brzydki czy nie, bez naszej zgody nic w domu zdychać nam nie będzie. Tak więc psa pod pachę i do bagażni… e, nie, do bagażnika to dopiero w drodze powrotnej w razie czego, a póki co – honorowe miejsce na tylnej kanapie. Ruszamy do weterynarza ratować to dwadzieścia kilogramów psiej karykatury.
*****
Gabinet weterynaryjny. Najwspanialsza-Z-Żon trzyma merdatego na smyczy. Merdaty trzęsie się, jakby chciał naśladować prezentujące swe wdzięki niewiasty, widoczne późną nocą na którymś z kanałów satelitarnych. “Bojng, boing, boing, nie jestem psem, jestem cyckiem, więc weterynarz mi nic nie zrobi, bojng, bojng, bojng…”. Przecieram oczy ze zdumienia, zastanawiając się, czy to psu coś się do końca popieprzyło, czy też ja mam już zwidy od wszechobecnej woni lizolu. Tymczasem woła nas weterynarz.

W przytulnym gabinecie przywodzącym na myśl sceny z Laboratorium Diabła, wita nas wszechogarniający zapach psów, kotów, oraz czegoś mrocznego i prastarego. Zupełnie jakby ktoś wczoraj jadł fasolkę. Pies trafia na stół do badań.
Rozglądam się po pomieszczeniu. Z prawej majnkun w klatce stara się wsadzić sobie ogon do gardła. Sądząc z jego nieprzytomnego wzroku, dostał głupiego jasia i czeka na finalny zjazd. Po prawej kolejny miałkaty – najwyraźniej wychodzący już ze znieczulenia – z niedowierzaniem gapi się w swoje krocze dedukując, gdzie się podziały jego jaja. Bardzo dobrze mu tak. Ja nie mogę się lizać, to i on niech nie może!

Do psa podchodzi Pani Doktor. Merdaty z wersji cyc-trzęsącej, przechodzi do wersji przerażeniowo-epileptycznej. Ze strachu gały wychodzą mu z orbit, niczym żabie przydepniętej gumowcem. Doktorka bierze się do badania:
– oczy w miarę, nos ciepły, skóra reaguje poprawnie, więc nie jest jeszcze odwodniony, to dobrze…
Zebrani obok praktykanci zerkają z zainteresowaniem na psa, zupełnie jakby miał za chwilę wyjść mu z brzucha Obcy niosąc na rękach Ellen Ripley. Lekarka kontynuuje badanie:
– …ruchowo wszystko działa, proszę położyć psa na boku, dziękuję, brzuch napięty, obolały w okolicy prawej pachwiny obok prącia…
Kurwa! Gdybym ja narzygał na dywan to dostałbym od Najwspanialszej-Z-Żon po łbie, a pies to jeszcze w nagrodę jest gilany po pachwince przez stado rządnych wrażeń praktykantek!
– …dobrze, pies jest ogólnie osłabiony, coś się dzieje przy pachwinie, chyba infekcja po ugryzeniu, sprawdzę teraz temperaturę.
Pani Doktor idzie po termometr, pies staje na łapach zniesmaczony zerkając niepewnie na precjozo niesione już przez Lekarkę.
– Zmierzymy psu temperaturę, proszę pyrzytrzymać psa.
Obwijam merdatego ramionami niczym uczeń podstawówki o trzy lata starszą koleżankę z którą udało się zatańczyć wolnego na szkolnej dyskotece, zaciskając swe prawie ośmiornicze macki na wszystkim, co da się przy okazji pomacać. Zastanawiam się, pod którą pachę zostanie zaaplikowany psu termometr, tymczasem Pani Doktor wraz z praktykantkami zachodzą psa od tylca. Przez głowę przechodzi mi jedna myśl:
– …znaczy się, że termometr w dupę?
Od razu przestaję zazdrościć psu tamtego pachwinowego macanka. Podnoszę psi ogon, Lekarka z precyzją kata nadziewającego Azje tuchaj Bejowicza na pal, aplikuje psu termometr w miejsce, z którego zgodnie z prawidłami natury rzeczy wszelakie wychodzą, a nie wchodzą. O ile wydawać się mogło, że pies nie mógł mieć bardziej wytrzeszczonych oczu, tak teraz gały jego sięgają prawie do samego nosa.
Po kilkunastu sekundach ciągnących się niczym czekanie pod drzwiami zajętego WC, termometr z cichym mlaśnięciem zostaje wydobyty z psich trzewi.
– temperatura podwyższona, sprawdzimy jeszcze, czy pies jest drożny.
Momentalnie przygasło światło. Słońce za oknem schowało się za chmury, miałkaty w klatce odrzucił problem amputowanych jajec i schował się w najciemniejszym kącie. Dwie praktykantki pobladły, trzecia zzieleniała. Pani Doktor założyła na dłoń rękawiczkę lateksową, wazelinką palec smarnęła i podeszła w naszą stronę. Najwspanialsza-Z-Żon z niepewnością zerknęła na moją osobę, ja przełknąłem ślinę, pies zadrżał nieco inaczej. Majnkun czekający na zjazd po głupim jasiu nie wytrzymał napięcia i z rozmachem godnym finałowych scen z Egzorcysty, obrzygał pół klatki, siebie i kawałek podłogi.
Pani doktor podeszła do psa. Zza jej ramion wyglądają ciekawe zaciekawione twarze praktykantek. Te przybrały kolor zieleni, żółci i czerwieni. To będzie pierwsze w historii badanie rasta per rectum!
– Proszę podnieść i przytrzymać psu ogon.
Grzecznie biorę w dłoń piątą kończynę Merdatego. Lekarka z dziwnym wzrokiem i nieukrywaną satysfakcją milimetr po milimetrze wsuwa palec do wnętrza psa. Robi to z takim skupieniem na twarzy, jakby planowała załadować całą dłoń i zrobić sobie z Merdatego pacynkę.
Pies zamiast cierpieć męki i bóle, wzdycha dziwnie i z rozanielonym wzrokiem zerka w stronę oprawczyni. Ta zaś kręci paluchem w psim zadzie, szukając chyba skarbów, lub co najmniej zaginionego pierścionka. Coraz szybsze ruchy palcem w psiej pierdziawie zaczynają się robić niepokojące, pies nagle drętwieje, podskakuje i próbuje się wyrwać merdając ogonem zupełnie, jakby chciał wykrzyczeć:
– O TAK! RÓB MI TAK JESZCZE TY BRUDNA SUKO, WSADŹ MI GO GŁĘBIEJ!!!!

Lekarka wycofuje dłoń, w gabinecie zapada krępująca cisza.  Obrzygany majnkun stracił przytomność. Dwie praktykantki uciekły, trzecia z wypiekami na twarzy głęboko oddycha trzymając ręce w przednich kieszeniach spodni. Lekarka milcząc zdejmuje rękawiczkę obserwując jednocześnie, jak nagle ozdrowiały pies staje na łapach i merdając radośnie rozgląda się po gabinecie.

Mamy psa pedała. Ja pierdolę.

*****

Kilkanaście minut później pies leży pod kroplówką. Wraz z płynami wraca w niego życie. Siedzimy w rogu gabinety z Najwspanialszą-Z-Żon. Wszyscy lekarze, praktykanci, nawet sprzątaczka zerkają podejrzliwie to Merdatego, to na nas. Kurwa, jak wstyd! Nie dość, że brzydkie i głupie, to w dodatku pedał.
Płacę za wizytę odbierając jednocześnie zastrzyki dla psa na kilka kolejnych dni, gdy nagle z 2giej części gabinetu dochodzi wrzask, a następnie rubaszny rechot. Odwracam się. Jedna z opiekunek zwierząt popłakana ze śmiechu, opowiada zebranym wokół niej pracownikom:
– wiecie co się przed chwilą stało?!?!
No pięknie –  myślę – gejowskie opowiastki o Merdatym właśnie ruszają na miasto.
– przed chwilą wzięłam tego majnkuna co zwymiotował i miałam na ręku jego pawia i zapomniałam o tym pawiu i chciałam odgarnąć sobie włosy z buzi i tą obrzyganą ręką przetarłam sobie twarz!

Zaczynam się zastanawiać, czy weterynarz poza kastrowaniem kotów, nie powinien też przy okazji wysterylizować wspomnianej opiekunki. Z pewnością wyszłoby to na dobre puli genowej naszego gatunku…

Share