Pół żartem, pół serio: Benek

Nie miała baba problemu, kupiła sobie prosiaka.
Nie miałem wystarczająco dużo zmartwień, sprowadziłem do domu Benka.

Benek jest jeszcze mały, ma pięć kończyn, nie ma oczu, mieszka na parapecie i dziwnie patrzy w niebo. Nie, Benek nie jest efektem wydymania kosmity ani spółkowania ze spiruliną, Benek jest kwiatkiem. No bo czego może brakować samotnie mieszkającemu facetowi, jak nie kwiatka?

No i stoi toto dziadostwo w szklance, moczy dupę w wodzie. I tak patrzę na toto czekając, aż łaskawie korzenia puści albo zdechnie. Ale ani korzenia, ani zgonu… Nawet postawienie zielska w pełnym słońcu średnio pomaga. Może to wina szyb, które są tak ujebane, że czasami ciężko sprawdzić czy jest dzień czy noc?
W każdym razie Benek wprowadził się na kwadrat. Jako człek odpowiedzialny, dbający o istoty żywe etc etc pierdu pierdu, szarpnąłem się i wpadłem na pomysł, by zaopatrzyć chwasta w jakąś wyprawkę. Najodpowiedniejsze wydawać by się mogło pół litra i ćwierć kilo śledzia, ale z tego co wiem to kwiatki raczej średnio tolerują wódę, a i śledziem zazwyczaj gardzą. Na co mi samemu pół litra? Pić tego w samotności nie będę, jeszcze Benek to zobaczy i straci cały szacunek do mnie. A śledzie… cóż… A gdybym tak zostawił kilka sztuk przy otwartym oknie, niech się niesie radosny, morski aromat… Może sąsiedzi pomyślą, że już wróciłem z Woodstocku z jakąś nową niewiastą. Mieliby o czym gadać.

Więc Benek dostał wyprawkę…
Wchodzę do ogrodniczego. Po lewej łopaty, grabie, taczka i betoniarka. A, nie, przepraszam, to nie betoniarka – obchodzę szerokim łukiem ubraną na pomarańczowo miłośniczkę łopat i kieruję się na prawo. Za ladą pamiętającą czasy PRL`u stoi Sympatyczna Pani pamiętająca co najmniej czasy Aleksandra Wielkiego. Przyglądam się chwilę kobiecie upewniając się, że to ekspedientka a nie jakaś wystawowa mumia, a następnie zaczynam przemowę…
– dzień dobry, bo widzi pani, dostałem taką szczypo… szczepio… szczap…
– szczypkę?
– tak! Dostałem szczypkę czegoś na co wołają Beniaminek no i to mi nie zdechło więc chyba muszę to teraz do jakiejś doniczki wsadzić, podlać czy coś. No i chyba potrzebuję doniczki i ziemi i ja wiem… jakiś nawóz do tego? Ślimaka albo dżdżownicę może…?
– myślę, że na początek wystarczy mała doniczka i ziemia.. Duża ta szczypka?
Jakoś nie lubię, gdy kobieta pyta mnie o rozmiar, szczególnie gdy prawdopodobnie pamięta czasy pierwszych chrześcijan. Na wszelki wypadek odsuwam się kawałek i pokazuję:
– o, taka.
– no to proponuję taką doniczkę i taką podstawkę i… jaka ma być do tego ziemia?
Zerkam na kobietę jak tapir malajski w kręcące się koło fortuny, kompletnie nie wiedząc o co jej chodzi.
– no ziemia, jaka ma być – pada ponownie pytanie – kwaśna? zasadowa? z domieszką jakąś?
A skąd ja mam kurwa wiedzieć jaka ma być ziemia? Jak dla mnie – niech będzie nawet święta albo i udeptana stopami Egipcjan budujących piramidę, wali mnie to, byle mi zielsko nie zdechło jak już mam się wykosztować krocie na tą całą cholerną wyprawkę.
– no wie pani… – próbuję jakoś dojść do porozumienia – no taka do kwiatka, tego Benka…
– a no tak, beniaminek, racja mówił pan.
Dup! Ląduje mi przed licem woreczek ziemi, doniczka i spodek. Jakaś dziwnie mała ta doniczusia, w 2004 chlaliśmy na Wood spirol z większych pojemników, ale niech będzie. Ja tam się na doniczkach nie znam.
– dać panu do tego jakąś odżywkę?
– a niech będzie – rzucam ogarniając bezmiar zakupów – jak już szaleję to niech ma to zielsko coś z życia. Jakąś najprostszą w użyciu proszę.
– ta będzie najprostsza i najtańsza – stwierdza sprzedawczyni – dwie nakrętki odżywki na litr wody.
Płacę prawie 12 zeta, zbieram zakupy, dziękuję, wychodzę.

Szukam samochodu, bo oczywiście znów nie pamiętam gdzie zaparkowałem. Zerkam na reklamówkę z zakupami. Pięknie – myślę sobie – trafił mi się kwiatek, który zamiast jak na faceta przystało, chlać czystą, to jakieś drinki z odżywką musi mieć. Niech jeszcze się okaże, że Benek na piwo źle reaguje, to jak wezmę do kibla krzaka zaniosę, jak te liście wykorzystam to nawet w najgorszych wizjach Benkowi takie coś się nie przyśniło! No! A i zużycie papieru wtedy przez jakiś czas spadnie!

Share