K-Family, czyli muzyczna nosacizna

Z muzyką bywa tak, że przykładowo YouTube potrafi niekiedy podrzucić coś, od czego włos się jeży na głowie. Nie, nie będę tu wracał do twórczości Wyrzyganych z Macicy czy Hryżyr Żryhyr, takie ekstrema zostawmy na inną okazję.
Dziś warto się skupić na czymś, co YT podstępnie rzuciło mi na słuchawki w momencie, gdy zgłębiałem tajemnice jakiejś tabeli poświęconej stażom pracowników.

W pewnym momencie do mych uszu wlał się zionący letnimi łąkami i przepoconymi gumowcami dźwięk jakiegoś redneckowego bandu, który starał się śpiewać o… łonaceniu kosmitów? Przeskoczyłem szybko pomiędzy kartami przeglądarki by sprawdzić, czym został poczęstowany mój bezgust muzyczny i… z otchłani muzycznego zapomnienia wyłoniła się w kierunku mojej facjaty radosna twórczość The Kelly Family.

No urwał nać, ile to ja tego nie słyszałem! Przecież to jakoś lata dziewięćdziesiąte? Okolice 2000 roku? Przecież wszystkie stacje “złote przeboje” powinny raz na jakiś czas zarzucić piosenką nosatej rodzinki, a tu… jakimś sposobem Kellysowiacy zniknęli na dobre 20 lat!

No właśnie, cofnijmy się te dwie dekady, bo warto – w końcu The Kelly Family było ciekawym zjawiskiem. O ile pamięć mnie nie myli, to An Angel straszyło z głośników już pod koniec mojej podstawówki (1996 rok?) i poza trzeszczącymi kasetami, rozłaziło się po znajomych za pomocą kumpeli równie chudej jak i namiętnie wyjącej tę pieśń przy akompaniamencie gitary ważącej więcej, niż wspomniana kumpela. Mam jakieś przebłyski w pamięci, zdaje się jakaś Wisła(???), dworzec PKP i Ania wyjmująca gitarę. Kto wiedział o co chodzi – szybko oddalał się nim z nastoletnich, niewieścich gardzieli dobywało się zawodzące “Samtaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaajmzzzzzzz….”

Jednym słowem – wieś i dwie tony obornika. My – młodzi gniewni, prawie dorośli nie mogliśmy sobie pozwolić na uczestnictwo w tym żenującym spektaklu, w końcu mieliśmy swoją poważną, dojrzałą muzykę. Znaczy się Stachursky, Scooter i te klimaty.

Wydawać by się mogło, że razem z podstawówką skończy się ten koszmar lokatych wyjców, ale nie… Jakimś sposobem muzyczna rodzinka spod znaku mój-tatuś-jest-bratem-mamusi prześlizgnęła się przez barierę podstawówka-średnia i zagościła na szkolnych korytarzach. Tu już sprawa robiła się nieco poważniejsza, gdyż pośród męskiej części ekipy posiadanie kasety The Kelly Family groziło starosłowiańskim wp1erdolem za budą. Najwięksi fani zeszli na wszelki wypadek do podziemia, zaś kasety Kellysów były oficjalnie odkurzane tylko w przypadku, gdy mogły zostać potraktowane jako wabik. Znaczy się jak ktoś chciał zaru… Poderwać jakąś białogłowę.
Ogólnej sytuacji w tamtych czasach nie poprawiały (a wręcz przeciwnie) dwa fakty: świadomość tego co się stało jednemu jegomościowi, gdy zapomniał się i zanucił w męskim kiblu Roses Of Red, oraz – teraz będzie to trudniejsze – fakt, że w tamtym czasie jakoś bliżej mi się zrobiło z kumpelą, która namiętnie słuchała nosatych. Wewnętrzny konflikt sprawiał, że człek prawie zaczynał siwieć w wieku lat 17. Jak można nie słuchać piosenek kojarzących się z Nią, a jednocześnie jak można było słuchać tego plugawego pomiotu muzycznego szatana? Szczęśliwie w tamtym czasie pojawił się net, wraz z nim Napster, więc można było zagłuszyć ciągoty do Kellych odkrywaniem nowych gatunków muzycznych. Temat kudłatej rodzinki rozszedł się po kościach, ze wspomnianą kumpelą jakoś się poukładało na przyjaznej stopie (kuźwa, wpadłem do friendzone`a?), a świat poszedł do przodu w swoim tempie.

Minęło kilka lat (a nawet dwadzieścia). Siedzę w pracy zdziwiony, zasłuchany w tę redneckową ekipę, rzucam okiem na koncertówki sprzed zdaje się 3 lat (o kuźwa, to oni jeszcze żyją?!?!!?) i w mym łbie zaczyna świtać jedna myśl: po dwudziestu latach mogę teraz bezkarnie blutufnąć sobie w samochodzie płytę Kellysów i nie obawiać się prewencyjnego wp1erdolu połączonego z kasacją walkmana, bo teraz nie słucham muzyki niegodnej, zakazanej. Teraz jak prawdziwy, muzyczny koneser zgłębiam twórczość sprzed dwóch dziesięcioleci. Mogę więc podkręcić głośność w samochodzie, uchylić okno, pozwolić by wiatr rozszarpał moje siwiejące, gargamelowate włosie na głowie i mogę bezkarnie wydać z siebie przeciągłe, zawodzące….
Samtaaaaaaaaaaaaaajmzzzz….

Share