Czynności ślizgane, czynności węchowe

Wieczorowa pora.
Zmuszony wiekiem i dolegliwościami z nim związanymi, udaję się do nocnej apteki.

Wchodzę. Kolejka na 3 osoby: jeden jegomość właśnie odbiera resztę i wychodzi, przede mną zostaje chyba małżeństwo: ona i on.

Ona: tleniona Dżesika z odrostami, wzrost siedzącego psa, z powierzchni wylewającego się tłuszczu zza paska spodni, błyska wydziarany naście lat temu tribal. Taki ciut przyblakły i ciut rozciągnięty, rozstępy, czas i waga nie były łaskawe dla tej dziary.

On: wzrost niewiele wyższy, również wydziarany (bez mała po sam uszy), twarz niezmącona myśleniem, w dłoni dumnie dzierżone dokumenty od stojącej za oknem, leniwie mruczącej, pustej w środku bety. Trochę to dziwne: ani nie jest ciepło by musieli chłodzić samochód, ani zimno by w nim grzać. Rozsądek podpowiada – może wiekowe toczydło równie niechętnie zaskakuje, co jego właściciele.
Tak czy inaczej: ona, on, beemka – trójka idealna, pasują do siebie jak ulał. Ale to nie jest ważne. Liczy się to, że zostali poproszeni do nocnego okienka.

Podchodzą dostojnie, Dżesika podaje bez słowa receptę, aptekarka znajduje lek, nabija na kasę i już ma zapytać czy coś jeszcze, gdy nagle Jeździec Dżesikowych Zasobów wsadza głowę w okienko i wyraźnie, tak by wszyscy słyszeli, rzuca:

– I poprosza jeszcze żyl yntymny od Durexa, do TEGO, ma pani jaki?!

Aptekarka bez mrugnięcia okiem odpowiada:

– Oczywiście, a jakim pan by chciał?

Potencjalny uczestnik czynności ślizganych nie do końca wie, więc dopytuje:

– A jaki pani ma? Bo wie pani, taki dobry i śliski, he-he! – precyzuje i sekundę później rzuca w stronę wybranki swego serca słowa w taki sposób, bym i ja je słyszał:

– I co, gupio Ci tyraz, nie? He-he he-he!

Aptekarka przynosi do okienka kilka buteleczek żelu, prezentuje każdą z nich, niestety żaden z żeli nie przypada do gustu niedoszłemu wykonawcy ruchów niegodnych filozofa. Nie wiem, może kolor, zapach czy smak nie ten, a może butelki były za duże i mogłyby być powodem kompleksów? Ale i to nie jest ważne, bowiem do kontrataku przechodzi Dżesika i chwilę po tym, jak aptekarka odłożyła żele na swoje miejsce, zapytuje pracownicę apteki w taki sposób, by słyszała ona, ja, oraz ludzie na zewnątrz po drugiej stronie ulicy:

– A ma pani coś na smród z nóg, bo mojemu mężowi tak jedzie, że normalnie nie idzie.

Chłopu momentalnie żyła wyszła na czoło, a ta w tyłku to chyba pękła. Nawet beemka stojąca za oknem zakrztusiła się elpegiem i ze śmiechu zaklekotała zaworami. Dżesika u szczytu możliwości intelektualnych, korzystając ze zrywu elokwencyjnego, ciągnie temat dalej:

– Ino takie coś i przeciw no… potowego, ale też z grzybicom.

Starając się nie parsknąć, słyszę jak facet ze świstem wypuszcza powietrze nosem. Daję pół lewej nerki, że poza dymem, z nozdrzy mu bucha także ogień. Piekielny.
Aptekarka z kamienną twarzą prezentuje cztery różne specyfiki: od żelu, przez puder, aż po dezodoranty. Dżesika chcąc zakończyć temat zadaniem ostatecznego ciosu w męską dumę, bezlitośnie stwierdza:

– Poprosza to w największyj butylce, bo jedzie mu z obu.

Płacą, wychodzą, kątem oka widzę twarz jegomościa: jest równie czerwona, co rdza na sypiących się progach ich beemki.

Zdecydowanie częściej muszę jeździć do nocnej apteki…

Share