Sztuka wyboru

W szafie zamieszkał pająk. Jakiś taki skakunowaty, niezbyt duży, ale raczej taki z masywnych. Nie ten typ “kroczę do Ciebie”, tylko “niespodziewanie skoczę Ci na twarz”. Taka mieszanka pająka z Pitbullem. 
No i tak patrzymy na siebie od jakiegoś czasu. Sprawa jest nieco niekomfortowa, bo o ile ja nic do pająka nie mam, to Ajax może być niezbyt zadowolona z tego, że w nowej szafie, poza siedemdziesięcioma czterema parami butów, mieszka też pająk. To znaczy, nie to, że zajmuje dużo miejsca, tylko że jest obleśny i odrażający i fe.

No i tak patrzymy na siebie z tym pająkiem czując nadchodzące nieuniknione. Eksmisję. 
Ani pająk, ani ja nie garniemy się zbytnio do tego. Z punktu widzenia pająka, pogorszy mu się poziom życia. Można zapomnieć o ciepłej, przytulnej szafie, rybiku cukrowym na zakąskę, a może i czasami jakiejś muszce na deser. Ja z kolei nie bardzo jestem pogodzony z faktem, że muszę skazać pająka na życie w chłodzie, brudzie, gdzieś na zapomnianej przez świat klatce schodowej, albo co gorsze, na dworze. 

No właśnie. Życie to sztuka wyboru. 
Czasami, wbrew sobie trzeba zrobić coś, na co człowiek za cholerę nie ma ochoty. Pomimo wewnętrznego bólu dupy, trzeba powtarzać, że chwilowa, dyskomfortowa sytuacja powinna być traktowana jako inwestycja w przyszłość. W ten sposób, przy odrobinie szczęścia, może jeszcze uda się usłyszeć “mój ty zbawicielu, pokaż no tego bydlaka”, nim historia znajdzie finał gdzieś na balkonie czy klatce schodowej. 

Cały czas dokonujemy wyborów. A przynajmniej staramy się to robić na tyle, na ile pozwalają warunki zewnętrzne, otoczenie, okoliczności. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że największym wrogiem wyboru postępu spomiędzy innych opcji, jest sam wybierający. Wydaje mi się momentami, że we łbie jest gdzieś zakodowana genetycznie niechęć do zmian. Predyspozycja do unikania rozwoju, który mógłby jakkolwiek zmienić utrzymywany stan. Można podświadomie bombardować każdy pomysł setkami kontrargumentów, można logicznie, w oparciu o fakty uzasadniać bezzasadność zmian, można wszystko. 
Tylko po co?

Kończy się rok 2020. 
Końcówka roku, pomimo kilku niewielkich potknięć, jest fenomenalna. 
O północy przekręcą się kalendarze, ale tak naprawdę nic się nie stanie. Wirus się nie schowa, rynek się nie ustabilizuje, teatry się nie otworzą. 
Ale jednocześnie… Będzie można śledzić efekty podjętych decyzji. Nawet, jeśli poskutkują one przygrzmoceniem ryjem w ścianę. 

Do zobaczenia w 2021.

Share