To, że mam (delikatnie rzecz ujmując) niezbyt pozytywny stosunek do jaskiń okolic Bielska, to wiadomo nie od dzisiaj.
To, że wolę pełzanie wygodnymi, mytymi korytarzami, niż obijanie sobie dupska o wystające ranty szczelinówek, także nie stanowi tajemnicy.

A mimo to, gdy obok szlaku pojawiła się Jaskinia Wietrzna Dziura, wskoczyłem do niej radośnie jak dzika świnia w pomidory…

Wietrzna Dziura kręciła się w okolicy planowanych przez nas tras od samego początku: już wstępne plany przewidywały, że może uda nam się podejść do Dziury. Szczęśliwie tak się złożyło, że podczas spaceru w okolicach Magurki wystarczyło nam siły i czasu, by odwiedzić bohaterkę wpisu.

Co do samego dziurska…

Jaskinia Wietrzna Dziura zaprosiła do swego wnętrza otworem schowanym gdzieś pomiędzy szlakami, na terenie małej polanki noszącej ślady licznych ognisk. Wejście od razu zasygnalizowało, że albo trzeba się rozebrać z wszystkiego co się da, albo wszystko będzie do prania. I faktycznie tak było: przejście przez niskie wejście poskutkowało usmarowanym tyłkiem, czarnymi przedramionami i pajęczyną na sutkach.

Wnętrze dziury nie przedstawiało nic nowego w porównaniu do innych, okolicznych jaskiń: były sobie skały, które albo popękały, albo się rozsunęły.
No i powstała dziura.

Pomimo tych jakże… skromnych atrakcji dostarczanych przez Jaskinię Wietrzna Dziura, kilkuminutowa wizyta przyniosła cholernie dużo szczęścia. Dobrze było poczuć pod paluchami chłodną, delikatnie wilgotną, zostawiającą na skórze drobiny brudu skałę. Dobrze było odetchnąć kilkustopniowym chłodem, fajnie było manewrować między pająkami przy otworze jaskini i wyjść usmarowany jak mały, wesoły prosiaczek, który przyszedł się pochwalić nowoodkrytą kałużą.

Share