Trzy sprawy. Cztery. Albo i pięć.

Jeden: Karawan.
Dwa: Fakt(y).
Trzy: (od/po)krycia.
Cztery: MasaKrytyczna.
Pięć: Sąd nieostateczny.

Gratuluję sobie powrotu do domu. Gratuluję sobie przeżycia kolejnego weekendu. Dziwię się sobie z powodu braku żalu za Nocą Muzeów. Dziwię się sobie z powodu braku kontaktu z aparatem przez bite trzy dni. Gratuluję sobie… nie wiem czego. Ale z pewnością nie ma to nic wspólnego z moją pojawiającą się łysinką.

Nie wiem na ile wszystko, co działo się przez ostatnie trzy dni ma związek z tym, że ukończyłem lat 30. Myślę jednak, że po części nauczyłem się ostatnio doceniać cholernie małe rzeczy, które niczym drobne kroki pozwalają się posuwać do przodu. I nie chodzi to wcale o to, że nauczyłem się wypuścić pierdnięcie dłuższe niż 7 sekund, nie chodzi też o umiejętność zrobienia dobrych pieczarek z grilla (z którymi wspomniane pierdnięcie miało jakże wiele wspólnego), nie chodzi też o nabycie umiejętności chędożenia Komorowskiego.
Udało mi się czerpać przyjemność z faktu, że ostatnie pół roku spędziłem po części na próbach opanowania swojej wszechżarłoczności, próbach okiełznania pokazywania umiejętności w dziedzinie przyswajania za jednym posiedzeniem ilości pokarmu, która by wystarczyła na odżywienie czternastu Murzyniątek, trzech kotów i psa.
Nadeszła oto chwila, kiedy w momencie gdy zdjąłem koszulkę nie zaszło słońce, ptaki nie pospadały z drzew, a zza krzaków nie dobył się okrzyk “uwolnić orkę!”. Kurna mać, pół roku potrzebowałem, by powoli i systematycznie doprowadzić się do stanu, gdy mogę dokładnie oglądnąć swe przyrodzenie bez użycia lusterka, a mój pysk nie wygląda jak księżyc w pełni. Sześć miesięcy intensywnej pracy nad mózgiem. Jestem z tego dumny. Chciałbym zrobić jeszcze więcej, chciałbym móc dalej starać się dla własnej przyjemności, powolutku systematycznie sięgać po to, co mógłbym zdobyć za jednym sięgnięciem po supermegafetodestruktor. 15kg w ciągu pół roku.
A póki co – zamiast dalej pracować – trzeba będzie na chwilę stanąć i się pozrastać do kupy. Byle nie powróciła znów StoczterokilogramowaMasaKrytyczna.

***

Zastanawiałem się zawsze – co zrobił mi biedny koń, żebym na niego wsiadał? Czym sobie nagrabił, czym mi się naraził, że karzę go sadzając swe dupsko na końskim grzbiecie?
Nie wiem. Chyba doszedłem wczoraj do wniosku, że skoro człowiek ma posrane w życiorysie, to i koń może czasami pocierpieć. Wsiadłem na Karawan. Dość szybko objawiła się stara prawda, która mówi:
Gdy siądzie na konia mąż szacunku godny
a wokół niego niewiast uzbiera się zgraja,
niech założy gacie, co klejnoty trzymają,
bo inaczej przy kłusie siądzie se na jaja.
Jak łatwo się domyślić, moje gacie nie trzymały klejnotów tak, jak powinny. Przy którymś angleźnięciu strzeliłem nimi w siodło niczym w końską żyć z bicza, a następnie dla pokreślenia ciężkiej sytuacji jajec – przysiadłem na nich całym ciężarem ciała. Nawet moje hemoroidy zasyczały z bólu… Jadąc dalej i roniąc łzy liczne zastanawiałem się, czy nie lepiej było się wywałaszyć tradycyjnie – obcęgami, zamiast gilotynować sobie atrybuty siodłem i dupskiem.
Tia… Koń by się uśmiał…
Nie zmienia to jednak faktu, że udało mi się Karawanem osiągnąć prędkość trzeciego stopnia nie tracąc przy tym życia i nie zostawiając za sobą na maneżu brązowej smugi. Nawet udało mi się nie rozpłakać z przerażenia, nie stratować Najwspanialszej-Z-Żon, nie zwymiotować na koński kark z nerwów. No jestem zajebisty, ociekam wręcz zajebistością! Nie, jak to ktoś kiedyś stwierdził na Kwejku: jestem tak wspaniały, że to nie ja ociekam zajebistością, lecz zajebistość ocieka mną! Tylko kutfa, ta łydka w kłusie i stopa…
***
Ciekawa rzecz się stała. Za czasów kawalerskich, podczas studiów miałem w zwyczaju skakać z drogi na drogę, wybierać się w nieznane każdą wymarzoną trasą (o ile była ona na tyle łaskawa, że przyjęła mnie dając okazję złapania stopa), czemu zawsze towarzyszyły fantastyczne emocje poznawania czegoś nowego, teoretycznie niedostępnego, jednak zarazem czegoś, co mogło być na wyciągnięcie ręki. Poznawałem więc kolejne trasy, by następnie korzystać z ich dobrodziejstw. Wędrowałem nimi, czasami poświęcając im mniej, czasami więcej czasu. Każda droga była inna, każda droga miała swój charakter, wymagała ode mnie określonych zachowań, bym mógł w pełni ją wykorzystać. Jeździłem, poznawałem, eksploatowałem.
Minęło kilka lat. Praktycznie wszystkie trasy odeszły w zapomnienie, została tylko jedna, którą podążam każdego dnia. Droga do domu.
Gdy byłem w stajni, mignęła mi przed oczami mapa. Pojawiła się jakaś trasa, którą jeszcze nie było mi dane jechać. Prześledziłem jej zarys od północy po południe i zamarłem. Zabrakło gdzieś we mnie emocji, które zazwyczaj towarzyszyły mi w momencie natknięcia się na wijącą się gdzieś w oddali niepoznaną przestrzeń, z jej lasami, górami, z miejscami, do których już powinno mnie ciągnąć i na myśl o których powinienem już pakować plecak.
Czyżbym się zestarzał? Czyżbym emocjonalnie wygasił się na to, co niepoznane? Nie, nie wydaje mi się. Gdy teraz analizuję moment, w którym mój wzrok prześlizgiwał się po zarysie drogi, dochodzę do wniosku, że współistnienie innych, nowych tras jest tak cholernie naturalne, że to taka kolej rzeczy, że brak emocji nie był oznaką trzeciego krzyża na karku, a jedynie świadomości, że istnienie innej, nowej drogi nie tworzy we mnie poczucia obowiązku jej poznania. Może kiedyś znów na jakieś mapie natknę się na niewyraźną nitkę wijącą się z północy na południe. Myślę, że miło będzie uśmiechnąć się w stronę zarysu kryjącego za sobą jedwabistą powierzchnię pachnącą latem, asfaltem, nieprzespanymi nocami i piaskiem w zębach. Nawet jeśli mi nie zależy na jej zdobyciu.
Kiedyś chciałem odkrywać wciąż nowe trasy, pokryć każdą drogę na mapie znaczkiem: tu byłem. Dziś cieszę się, że są. I nawet jeśli czasami uśmiecham się na myśl, czy wspomnienie o nich, to zawsze wracam do tej jednej, która prowadzi w kierunku Domu.
Ehhhhhhhhh, kot tradycyjnie przerwał moje literackie uniesienie. Znaczy się nasrał. Wali jak z rozerwanego nosorożca. Palce opadają…
Share