• "date": "1 listopada, 2012"
  • "title": "Idzie zima."
  • "blogger_blog": "30lat.blogspot.com"
  • "blogger_author": "30lat"
  • "blogger_permalink": "/2012/11/idzie-zima.html"
  • "blogger_internal": "/feeds/6495723430140596885/posts/default/4485840418913870660"

Wstęp w stylu: okiem 30latka

Niedziela. Siódma rano. Albo ósma. Chyba jakieś przesunięcie czasu było, czy coś w tym stylu…
Najwspanialsza-Z-Żon posapuje przez sen, ja kręcę się z boku na bok starając się wywinąć ze splotu wijących się wszędzie kończyn. Czasami wydaje mi się, że śpimy w 10 osób: wszędzie jakieś ręce, nogi, oczy, uszy, nie da się wejść do łóżka bez przydeptywania czyjejś racicy…
Wykonuję nurka pod kołdrę i przeciskając się pomiędzy wszędobylskimi stawami i porannymi bąkami, wypełzam z łózka na zimną podłogę…
Zimno w stopy. Kapcie nie do zlokalizowania. Pewnie Merdaty podpierdzielił. Nie wiem po kiego grzyba mu moje kapcie, nosi je w nocy i przegląda się w lustrze, czy jak?
Krótka wizyta pod prysznicem, szybkie przygotowanie kawy i oto jestem ja: poranny 30latek.

Wstęp w stylu: okiem Najwspanialszej-Z-Żon

– Ja pierdziele, nie możesz nawet w niedzielę dłużej spać? Tylko będziesz mi się teraz po mieszkaniu kręcić i hałasować!

Wstęp w stylu: okiem Merdatego

– O, wstał, pewnie zaraz mnie nakarmi, tak tak tak nakarmi mnie, nakarm mnie nakarm nakarm, o wiem, pokażę mu jak potrafię sobie ładnie wylizać odbyt!

Wstęp w stylu: wszystkie gimnazjalistki piszczą:

Niedzielny poranek przywitał mnie kubkiem gorącej, aromatycznej kawy. Zbliżyłem się do okna – z parapetu uśmiechały się do mnie płatki pierwszego śniegu. Otuliłem się się mocniej kocem i w towarzystwie wiernego psiska  siadłem do klawiatury. Delikatny szum wiatru za oknem pieścił uszy, sunące płatki przywodziły  na myśl jakiś natchniony taniec tysięcy skrzących się w porannym słońcu istot.

Wstęp w stylu: a jak było naprawdę?

Budzi mnie cisnący klocek. Tak, zdecydowanie chce mi się srać. Wystawiam spod kołdry lewą gałkę oczną oceniając sytuację. Może uda się skoczyć na szybką kupkę i wrócić do łóżka.
A taki ch*j!
Siądź człowieku nad ranem gołym dupskiem na zimną deskę – budzi lepiej niż litr kawy. Oczywiście do posiedzenia najlepsza jest komórka – zwierzęta w grze same się nie nakarmią.
Gdy po kilkunastu minutach kaczki są nakarmione, krowa wydojona, owcze runo sprzedane, a zad tak zdrętwiały, że można go przypalać rozżarzonym piętnem nie obawiając się bólu. Pora udać się pod prysznic.

*****

Nie, poranki nie mają w sobie nic poetyckiego, natchnionego, pierwszy rzut okiem za okno nie przywodzi na myśl epickich porównań, wspomnień z widzianych kiedyś śnieżnych krain. Pierwszą, najprawdziwszą myślą na widok białego miasta, jest:
– ale śniegu najebało!
Nie ma tu miejsca na owijanie się kocem i nostalgiczne siorbanie kawy przy oknie. Trzeba zamiast tego jakimś sposobem wypchnąć Merdatego z domu na poranny spacer pilnując, by cwane bydle nie ułatwiło sobie życia i zamiast dzielnie brnąc przez śniegi w stronę osiedlowego sralnika – nie walnęło kloca obok wyjścia z klatki schodowej.
Bo w łapy zimno i chodzić dalej się nie chce.

O odśnieżaniu samochodu już nic nie napiszę. Za brzydkie słowa cisną mi się na klawiaturę…

Tia… Nadchodzi zima.

Share

Nie wiem do jakiej grupy wstępów ja się zapisuję, kiedy tylko ujrzawszy śnieżek zaczynam podskakiwać i piszczeć tak głośno, że z mojego czwartego piętra to mnie chyba na parterze słyszą 😛 Pal lichą, że mój mąż z lekkim przerażeniem na twarzy otworzył (nie wiedzieć czemu – nagle ) oba oczy ze zirytowanym "śnieg?" 😛 Cóż… I tak zostałam społecznym wyrzutkiem 😛

Pozdrawiam 🙂

Eeeeeeee tam, coś mi tu śmierdzi nadinterpretacją ;P Poza tym jak nie patrzeć – ja zamknąłem ze swojej strony temat atrybutów, to Ty się jakoś jego uczepiłeś oplatając wszystko sugerowaną mi hipohondrią ;P 😉