• "date": "20 czerwca, 2021"
  • "title": "Erozja wszystkiego"

Odkryłem, że nie da się wymacać palcem sekundy, która właśnie umknęła spod sekundnika. Nie da się uszczypnąć tarczy zegarka w taki sposób, by wydłubać z niej uciekający czas. Identycznie niewiele da przeglądanie starych kartek z kalendarza. Przeszłość eroduje w momencie, gdy zaczyna stawać się teraźniejszością, którą właśnie przestała być.

Dowody istnienia przeszłości, nadal identycznie brzmiące piosenki zakodowane w ciągach zer i jedynek, nie są świadectwem przeszłości, ani tym bardziej portalem do niej. To, że istniały kilkaset nut temu i istnieją dzisiaj, też nic nie zmienia. Są jedynie brzmiącym ułamkiem, wybrzmiewającą falą dźwiękową toczącą się przez powietrze, przez teraźniejszość i układ nerwowy, który poza początkiem w mózgu i końcem w dupie, ma też początek i koniec w czasie.

Czy można podskoczyć tak bardzo, rozpędzić się tak mocno, by przeskoczyć czas, przemijanie, erozję świadomości i wyprzedzić sekundnik o nieskończenie mały ułamek nieuniknionego? Czy da się wysłać myśl ponad czas, ponad miejsce? Czy niekończący się wyścig, ucieczka przed erozją, musi być skazana na porażkę? Czy fakt porażki jest istotny, jeśli rozpadnie się w pył wraz z ostatnim przebłyskiem świadomości? Czy wisimy w wiecznej, wszechpróżni, pozbawieni zmysłów, poczucia czasu, ociekający wdychanymi oparami szaleństwa, efektu losowych zderzeń cząsteczek tak podstawowych i złożonych i prostych, że swym ograniczonym wymiarowo mózgiem, któremu przypisujemy świadomość, nie jesteśmy i nie będziemy w stanie tego pojąć? A nawet zbliżyć się do tego? Nawet wiedzieć, że możemy zbliżyć się do tego, o czym nie wiemy, że się do tego nie zbliżymy? A jeśli wisimy w szaleństwie i nawet czas jest jedynie nieudolną próbą uporządkowania zanikania tego, czym wydaje się, że jesteśmy, lub czym tak naprawdę nie jesteśmy?

Istotą istnienia nie jest przeżywanie, lecz umieranie. Ludzkie sztuczki polegające na wykradaniu ułamków czasu, ulokowanych gdzieś pomiędzy zaistnieniem świadomości, a śmiercią, są… nieistotne w perspektywie absolutu. Którego i tak nie pojmiemy.

Po prostu wszystko jest do dupy i na niebyt skazane i zespawane ze sobą na siłę, która jest na tyle słaba, że byle mikrobyt jest w stanie skruszyć fundament, na którym opieramy fakt naszego istnienia.

Czwartek, poranek. Szczepienie, druga dawka. Czwartek popołudnie, robi się zimno. Czwartek wieczór, zaczyna się jedna z największych przygód, którą dane było mi przeżyć: ze świadomością, że nic się nie dzieje, więc bez zamartwiania się i niepokoju, obserwowałem w jaki sposób organizm próbuje walczyć z podrabianą infekcją. Nie przejmując się czymś, co w ocenie Samca Alfa zwiastuje nadchodzącą śmierć, póki na to umysł pozwalał, obserwowałem kolejne etapy przejmowania władzy nad organizmem przez proces, którego celem było zwycięstwo z udawanym, a jednak powodującym jakąś reakcję, wrogiem. Kolejne ogniska bólu, kolejne fale zimna, gorąca, przelewały się przez ciało, rejestrowane przez ciekawską, będący ponad tym wszystkim Świadomość. Niestety, przy odpowiednio wysokiej temperaturze, eroduje także i Ona. W pewnym momencie rozmyła się rozpuszczona gdzieś w operach śmierdzącego, lepkiego potu, o woni starego capa.

Wszystko, cała historia, każda litera, słowo, zdanie, każda notka, wspomnienie, zdjęcie, emocja, wszystko może zostać poddane turboerozji, gdy odpowiednio celny lub odpowiednio losowy zbieg okoliczności (o ile istnieją zbiegi okoliczności) trafi w…

<pstryk>

***** ***

A gdyby przechytrzyć świadomość istnienia niepojętej wszechrzeczy? Tylko jak? Zgłupieć się nie da albo przynajmniej szkoda by było wykastrować się z IQ, a idąc w drugą stronę, nieskończona mądrość i tak nie da przewagi na nieskończoną+n wszechrzeczą. Więc może pośród miliarda rzeczywistości, wymiarów, przestrzeni i stanów, ustanowić kolejny? A jednocześnie po co mi intelekt i wiedza, skoro jedyne co podsuwają, to świadomość, że daję się karmić wyselekcjonowaną papką, a prawda dostępna na wyciągnięcie ręki, z miejsca unicestwiłaby ostatni bastion nadziei na gdzieśkolwiek jest, jeśliś jest?

Czy to nie jest tak, że hipopotam pchnął w kierunku pytań, które były równie niezadawalne, co hipopotam niezielony? Czy zadając niezadawalne pytanie i analizując nieodpowiedź, karmię hipopotama? Czy nieodpowiedzi na niezadawalne pytania są fundamentem podpierającym kanapę w dużym pokoju, dryfującą na hipopotamie poprzez wszechnierzecz?

A może wtedy nie zdążyłem zrobić kroku lewo i spadłem, by teraz podążać w górę?

Danny, stop it, where do you think you’re going?
Don’t you know?
There’s nothing up there.

***** ***

Mógłbym wchodzić po tych schodach w górę nieskończoną ilość razy, a i tak nie byłbym bliżej odpowiedzi. I tak nie uciekłbym przed erozją. A wszystko to byłoby próbą gry w grę narzuconą przez nienarzucające. Zróbmy inaczej. Zamiast z lupą, trzeba podejść do bestii z chomątem. Jeśli bieg myśli pochłania energię wytwarzając ciepło, piekielny ogień, to trzeba będzie użyć go do wysmażenia czegoś nowego. Wykucia w nim nowej rzeczywistości n+1, którą zasilimy szaleństwem pytań niezadawalnych, na które udzielę odpowiedzi.

Share