Trzeci raz biorę się za tworzenie tego wpisu, trzeci raz nie do końca wszystko mi się klei. Wydaje się, że z jednej strony Biała Dziupla dała tyle emocji, że jest ich jeszcze za dużo na spisywanie wspomnień z wizyty w tej jaskini, a z drugiej… dziurwa huczy mi w głowie w taki sposób, że nie można zmarnować natłoku myśli i nie utrwalić ich za pomocą klawiatury.

Ten trudny od okiełznania speleoemocjonalny bigos nie ułatwia pisania, oj nie ułatwia. Ale spróbujmy kolejny raz, bez rozwleczonych wstępów.

Jaskinia Biała Dziupla.

Będę dozgonnie wdzięczny za podsunięcie mi tej jaskini jako celu popołudniowego wypadu. W miarę nowa jaskinia, o której wcześniej nie miałem okazji czytać, miała wymagać jakiegoś kawałka liny, jakiegoś czołgania, a nawet konieczności wciągnięcia brzucha w ciaśniejszych miejscach. Idealnie!

Położenie jaskini Biała Dziupla było dla mnie zagadką. W natłoku codziennych spraw, nie miałem czasu na przeglądnięcie planów, map, czy nawet opisów dojścia. W zasadzie musiałem całkowicie zaufać towarzyszom i liczyć na to, że dotrzemy pod wejście do jaskini, a nie pod wiejski monopolowy, gdzie obiją nam mordy.

Udało się dotrzeć pod nie-otwór po kilkunastu minutach jego poszukiwania, opartego o GPS, opis dojścia, ślady na śniegu oraz układ zmarzniętych króliczych bobków pod dziwnym krzakiem.

Rzecz pierwsza – dla mnie nowość. Jaskinię trzeba sobie odkopać. Nie to, że Biała Dziupla jest zasypana, ale… zabezpieczona jest nieco lepiej, niż np. Jaskinia Józefa. Na szczęście nie trzeba używać specjalistycznego sprzętu typu saperka, kilof czy koparka. Jaskinia wpuszcza po kilku minutach ręcznego odgarniania śniegu, liści i kamieni. Jedyny większy wysiłek z odsłanianiem wejścia wiązał się z tym, że trzeba było maksymalnie odkopać je na szerokość. Nie to, że niektórzy obywatele mieli nieco więcej kilogramów na dupsku, czy coś. Tak ogólnie tylko 😉

Po zaczepieniu liny o pobliskie drzewo, pierwsza osoba zanurkowała w otworze.

Tu ważna informacja #1: pierwszym punktem asekuracyjnym jest drzewo – to fakt, ale nie trzeba się od razu wpinać w linę. W naszym przypadku, zabezpieczenie było potrzebne dopiero po przejściu drugiego, “ciasnego” przełazu. Nie zmienia to faktu, że warto było na wszelki wypadek wpiąć się przynajmniej shuntem. W końcu dla wszystkich była to kompletnie nowa jaskinia.

Jaskinia Biała Dziupla jest biała. Zdjęcia z ostatniej wizyty tego nie oddają, ale dziurwa jest jeszcze (oby jak najdłużej)… dziewicza. Nie jest rozdeptana, wymacana, obłupana. Wpełzając nogami do przodu i palnikiem do góry, miałem okazję rzucić okiem na strop, który palił śnieżną bielą niczym reklama Vizir i Colgate razem wzięte. Wstyd mi było w chwili, gdy odpychając się od ściany, zostawiałem na niej brudne ślady ubłoconych rękawic. Biała Dziupla jest jak samochód świeżo odebrany z salony: wszystko pachnie nowością, jest sterylnie czyste i człowiek jest w stanie zabić za wejście do środka w ubłoconych butach.

“Katedra”.

Główna sala w pełni zasłużyła na swoją nazwę. W Białej Dziupli, po wejściu do Katedry, należy się po prostu zamknąć i po cichu podziwiać przestrzeń ciągnącą się w górę i w dół. Jest naciekowo, jest gąbczasto, jest trochę zawalonego i ciut wiszącego. Niestety jest też ślisko, więc po wsunięciu nosa do tej części Białej Dziupli już zdecydowanie warto być wpiętym w linę.

Ważna informacja #2: idąc Katedrą do dna jaskini, trzeba zabezpieczyć linę. Z informacji, które posiadaliśmy, w tej części miało być skalne ucho nadające się na punkt, do którego można się wpiąć przez jakąś np. taśmę. My nie namierzyliśmy tego miejsca, więc lina musiała pracować pod obciążeniem, będąc położoną na spągu, który miejscami jest dość ostry. Jedno z miejsc styku liny ze skałą osłoniliśmy worem (zakręt z korytarza w kierunku dołu Katedry), ale warto jeszcze zabezpieczyć linę na samym progu, którym schodzimy do dna jaskini.

Jak już ktoś wspominał, Jaskinia Biała Dziupla wyraźnie sygnalizuje, że gdzieś może być coś dalej. Że jej dno to nie koniec przygody. Jeśli się dobrze przypatrzeć – są jakieś małe kominy, które warto by było wywspinać i zerknąć, czy nie odchodzą trochę w bok, kryjąc za sobą nowe partie. W dnie też jakoś tak chce się kopać. Jednak w dniu, w którym odwiedziliśmy dziurwę, wystarczyło nam do szczęścia posadzenie dupska na spągu Katedry i nieśpieszne wypicie radlerka.

Powrót na powierzchnię poszedł o wiele sprawniej niż zejście na dół: po wyjściu z Katedry bezpiecznie można było zdjąć szpej, więc dodatkowe wolne centymetry na tyłku wyraźnie przyspieszyły przemieszczanie się po Białej.

Całość wizyty zajęła nam we czwórkę półtorej godziny. Dziewięćdziesiąt minut, w trakcie których nazachwycałem się, jakbym zaliczył pięć innych jaskiń.

Po wyjściu nie pozostało nam nic innego, jak zabezpieczenie wejścia, czyli przywrócenie go do stanu poprzedniego, szybkie ubranie się by nie zamarznąć i jak najszybsze dotarcie do samochodu, nim pożrą nas okoliczne wilki, borsuki, czy inne niedźwiedzie polarne.

Do zobaczenia, Pani Jaskinio!

Share