• "date": "10 lutego, 2021"
  • "title": "40plus"

Czwarta kreska okazała się nie być tak przerażającą, jak wydawać by się mogło. Czwarta. W zasadzie, to rozpoczęcie piątej.

Dwa czy trzy dni temu, szperając za jakimiś starymi zdjęciami, wpadłem do folderu z materiałem sprzed dekady. 10 lat oddzielało mnie od wydarzeń na zdjęciach zapisanych w formie zer i jedynek.
Okazało się, że w ciągu dekady można przeżyć tyle rzeczy, że w zasadzie… przeżywa się życie od nowa. Tym oto sposobem, jeśli będzie mi dane przeżyć kolejne 10 lat, to w tym czasie możne dziać się tyle, że… Wystarczyłoby na kilka całych, innych żyć.

I nie jest to forma pocieszania samego siebie. To bardziej kwestia uświadomienia sobie, że czas nie płynie zawsze tak samo. Że sekunda, minuta i godzina nie są stałymi, że… czas to jedynie próba, jakże nieudolna próba zmierzenia umykającego życia. A to potrafi gnać ze zmienną prędkością, czyli gnać albo nie gnać. Albo stać. A niekiedy to nawet i cofać się.

Czas, godziny, minuty, daty. Jakimś magicznym sposobem, przestały mieć znaczenie.
Tylko ta siwizna trochę przeszkadza, no i po łysince ciągnie. I te spodnie jakoś się zbiegają w praniu.

***** ***

A gdzieś po drodze rodzą się rzeczy nowe, kolejne pojawiają się na horyzoncie, cały czas trwa rozwój. Jakby życie nie pozwalało mi siąść na kanapie z piwem w dłoni i łapą w gaciach. Jakby miało dla mnie inny plan, niż tycie, nadciśnienie, cukrzyca i cholesterol wywalony pod sufit.
Po prawej na tablicy notatki do projektu, któremu trzeba było wpakować w mordę najostrzejsze wędzidło – bydlę rozrasta się, chce pochłaniać coraz więcej przestrzeni, czasu i myśli.
Po lewej dokumenty z kolejnego szkolenia, na które udało mi się dostać i które lada chwila się zacznie, a w odmętach dysku nadal niewydrukowane certyfikaty z ostatnich wykorzystanych okazji do poszerzania wiedzy.
W zasadzie wszystko co się dzieje, to ciągłe rozszerzanie się Emilowego wszechświata. Szkoda tylko, że przy okazji rozszerzam się i ja.

Czwarta kreska.
Piąta rozpoczęta.

W kolejce stoją miejsca, do których wcześniej, czy później pojedziemy, wycinki otaczającego świata, do których podchodzę z aparatem po raz dziesiąty, próbując uchwycić ich piękno. Bo budzi we mnie zachwyt mieszanina kolorów świateł przy klatce schodowej, bo nie wiem jak w tym przypadku narysować aparatem to, co mnie zachwyca. Więc próbuję po raz kolejny i kolejne razy też będę próbował. Bo to cały czas nie to, o co mi chodzi. Nie widzę w zdjęciach tego, co dostrzegam bez szklanej szybki wyświetlacza.

Więc jeśli nadal się zachwycam i wyciągam ręce w kierunku kolejnych, niezbadanych obszarów, to chyba nie jest jeszcze źle, prawda?

 

Share