Gdzieś w okolicy Smolenia, znajduje się jeden z klasyków: Psia, Biśnik, Zegar. Problem z tą trójcą jest taki, że chyba kiedyś w którejś z nich utknąłem w kominie(???) i musiałem czekać, aż mi ktoś pomoże odklinować dupsko zablokowane gdzieś pod stropem. Za każdym razem, gdy wracam czy to osobiście, czy myślami w tamte rejony, zastanawiam się, czy to na pewno tam są dwie pionowe rury, które lata temu dostarczyły mi tyle atrakcji?

Szczęśliwie udało nam się z Piterem wyrwać w któreś popołudnie i odwiedzić smoleński klasyk.

Jedno jest pewne i jednego muszę nauczyć się na pamięć: idąc od miejsca, gdzie zostawiamy samochód, kolejność zwiedzania dziur, to: Jaskinia Zegar, przyklejona NA LEWO od Jaskini na Biśniku Jaskinia Psia, a na deser wspomniana już Jaskinia na Biśniku. Dlaczego jest to takie ważne? Cały czas w głowie miałem mylne wrażenie, że Psia jest obok Zegara, a Biśnik jest daleko, osobno, gdzieś za horyzontem.

***** ***

Popołudnie. Korzystając z potencjalnie ładnej pogody (prognozy wyraźnie mówią, że będzie urywająca głowę burza, albo nie będzie burzy), stajemy na ziemi smoleńskiej (ło matko, ależ to brzmi!). Ciekawostką jest, że jesteśmy praktycznie na styku województw śląskiego i małopolskiego. Dobrze, że pandemiczne atrakcje nieco mniej dają nam się we znaki, nie musimy dzięki temu ogarniać żadnych zezwoleń czy paszportów 😉

Pomimo żaru lejącego się z nieba, wskakujemy w odświętne ciuszki i ruszamy w stronę dziur. “W stronę dziur” to odpowiednie określenie, bowiem o ile zawsze mam przy sobie namiary gps, mapę, szkic terenu, notatki dotyczące dojścia, wydrukowane plany w sześciu egzemplarzach i papirus ze wspomnieniami okolicznych praszczurów dotyczącymi lokalizacji dziur, tak tym razem wziąłem tylko telefon ledwie zipiący z powodu braku zasięgu. Wychodzi na to, że czeka nas niezapomniana przygoda…

Na czuja ruszamy w stronę Zegara mając nadzieję, że dotrzemy do otworu, nim zeżrą nas komary i końskie muchy.

Jaskinia Zegar (czasami ludzie piszą o niej Jaskinia Zegarowa)

Po przedarciu się przez mniej lub bardziej zarośnięte ścieżki, trafiamy pod otwór jaskini. Poganiani przez krwiożercze owady, szybko dopinamy kombinezony ruszając w przyjemny chłód. Nasza wyprawa kończy się po około 2 metrach, bo jak się okazuje, nie stoimy pod Zegarem, tylko pod jakimś ledwie co schroniskiem. Ups, taki mały falstart.

W zasadzie to nie pomyliliśmy się zbyt wiele – skała ta sama, tylko wejście jest z innej strony. Po szybkim skorygowaniu kierunku wędrówki, zanurzamy się w dziurze właściwej.

Szczerze mówiąc, nie pamiętałem, jak wielka jest główna sala Jaskini Zegar. Kojarzyłem jej układ korytarzy, wiedziałem, że główna komora jest sporawa, ale… Jaskinia naprawdę zaskoczyła. Nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.

Zwiedziwszy pomniejsze odnogi, kierujemy się do najdłuższego, delikatnie meandrującego korytarza kończącego się gdzieś przy powierzchni.

Niesamowite jest to, o ile szybciej człowiek czuje niż widzi, że zbliża się w stronę światła. Już kilka dobrych metrów przed szparami wpuszczającymi promienie słoneczne, da się odczuć radykalną zmianę powietrza: przyjemny, jaskiniowy chłód zaczyna być zastępowany przez duszne, gorące coś, czego aż się nie chce wciągać do płuc.

Po kilku chwilach oglądania pająków dyndających na swoich kokonach, wracamy w stronę sali głównej i dalej w stronę wyjścia.

Jaskinia Zegar zaliczona.

Jaskinia Psia #1

Jak już wspominałem kompletnie poprzestawiały mi się w głowie lokalizacje jaskiń. Byłem przekonany, że Jaskinia Psia jest wyżej niż Jaskinia Zegar, jakoś bardziej na lewo. W zasadzie to powinno być tak, że szło się jakimiś schodami mając skałę po prawej i w tej skale powinno być jakieś okienko…

Jak pokazało ten dzień, pamięć nawaliła na całej linii: gdy ruszyliśmy w górę nad Jaskinię Zegar, nie znaleźliśmy Psiej. Udało nam się za to odkryć niezliczone stada krwiożerczych komarów, które nie wiedzieć czemu, upodobały sobie Pitera jako główny posiłek.

Pomimo, że wg danych z telefonu, który na moment złapał zasięg, na wyciągnięcie ręki była Jaskinia Jasna obok Smolenia, to nie mieliśmy szans na odwiedzenie jej. Bzyczące pomioty szatana skutecznie przegoniły nas z jej okolic. Odpuściliśmy Jasną, odpuściliśmy Psią, ruszyliśmy w stronę Biśnika.

Jaskinia Na Biśniku

Z Jaskinią Na Biśniku to jest tak, że niby jest, ale w sumie jej nie ma. Jest, bo fizycznie jest, natomiast jednocześnie okazała się ona całkowicie poza naszym zasięgiem. Gdy tylko zaczęły się wyłaniać z zieleni ściany biśnikowe skały, od razu rzuciły się w oczy świeżo uporządkowane kraty broniące dostępu do jaskini. Tak, pamiętam i wiem, że Jaskinia Na Biśniku była zawsze częściowo zakratowana, ale w praktyce w sumie była otwarta i można było (uważając na stanowiska archeo) zwiedzić tę dziurę.

Tym razem odpuszczamy: wyraźnie widać, że na dole znów coś się dzieje. Teoretycznie można było się spokojnie przecisnąć do środka, ale… Chyba osiągnęliśmy z Piterem wiek, w którym już nie trzeba robić nic na siłę, w imię idei samego zrobienia czegoś.

Rzucamy jeszcze okiem na zakratowane otwory jaskini i… wracamy do tematu Jaskini Psiej, która jak wynikało z tablic informacyjnych stojących przy Biśniku, znajduje się nie okolicy Jaskini Zegar, tylko zaraz przy Jaskini Na Biśniku…
Obchodzimy Biśnik górą i znajdujemy tkwiące gdzieś w pamięci schody. Po chwili nadziewamy się na poszukiwany otwór Psiej…

Jaskinia Psia #2

Jaskinia Psia z tego co pamiętałem, była meandrującym jelitem o całkiem przyjemnych, niezbyt kanciastych korytarzach. Tym razem pamięć mnie nie zawiodła: pomimo, że zbyt dużo korytarzy nie mieliśmy do zwiedzenia, przyjemnie było poślizgać się w jurajskim błotku oblepiającym wszystko wokół. Nie wiem, czy to kwestia ostatnich opadów, czy Jaskinia Psia taka była zawsze, ale trochę zaskoczyła mnie ilość wody w jaskini. Po stosunkowo suchej Jaskini Zegar, tutaj mieliśmy liczne kałuże wypełnione wodą i błotkiem starającym się porwać nasze gumowce.

Krótka wycieczka po Psiej jest idealnym zakończeniem popołudnia. No, może prawie idealnym, bo jak się okazuje, Jaskinia Psia miała zakamarki, do których tylko Piter był w stanie swobodnie wpełznąć. Ja niestety mogłem zapomnieć o tego typu atrakcjach. Zdecydowanie, ostatnimi czasy jaskinie robią się jakieś węższe, korytarze ciaśniejsze.

I na pewno nie ma to nic wspólnego z tym drożdżówkami, które zżarłem po drodze!

Miło było znów wpaść na Jurę, nacieszyć oczy jej pagórkami, skałami, dziurami. A póki co trzeba wracać do prozy życia.

Na szczęście w głowie są już plany dotyczące następnego, popołudniowego wypadu.
Tym razem będzie okazja do przypomnienia sobie, jak to było z tym poruszaniem się na linach…

Share